Czyli impresje, chwile, momenty ale też i porady kulinarne...
RSS
piątek, 19 grudnia 2008

W sumie to czuje się w obowiązku  opowiedzieć najpierw o tej kaczce po mojemu. A więc jest tak, że pewnego dnia wyobraziłam sobie to jak bym mi najlepiej smakowała taka kaczka, bo w sumie nigdy sama nie piekłam kaczki a przecież tak ją lubię. Wiec u brata podjęłam się tego tematu. Brat mieszka we Francji, więc mogłam pójść sobie do rzeźnika, wybrać piękną kaczkę. Żona rzeźnika mi pomogła wybrać odpowiednią kaczkę a mąż ją przygotował do pieczenia, wyjmując wnętrzności, pakując je w osobnym papierku i wskazując mi jak najlepiej je przygotować.

No i wróciłam do domu, gdzie już czekały 2 jabłka, 100g migdałów w plastrach, 2 łyżki dżemu figowego, kieliszek czerwonego Porto, sól, pieprz i odrobina majeranku.

Zaczęłam więc od tego, że umyłam kaczkę, i zajęłam się farszem. Wystarczy drobno pokroić jabłka, dodać migdały, dżem z fig, dodać majeranek, pieprz i soli, dobrze wymieszać i wyłożyć tym kaczkę od środka. Następnie można polać formę tłuszczem, ułożyć na niej kaczkę i wysmarować tłuszczem samą kaczkę. Posolić i popieprzyć z wierzchu. Wsadzamy do piekarnika nagrzanego do 210 st. C na półtorej godziny, oblewając tłuszczem kaczkę co 15-20 minut. 15 minut przed wyjęciem z piekarnika należy zalać kaczkę kieliszkiem porto, tak, aby wystarczająca ilość porto zmieszała się z tłuszczem na dnie formy.

Mam już gotową miękką kaczkę o lekko słodkawym smaku.

Wydaje mi się, że do tego najlepiej by pasowało puree ziemniaczane i sałatka z buraczków, jabłek, cebulki i kminku. Ale jeszcze się nad tymi ziemniaczkami zastanawiam…może pokroić na bardzo cienkie płaty ziemniaczki i zapiec ze śmietaną 18%, solą i pieprzem?

Myślę, że to bardzo dobre danie na obiad w pierwszy dzień Świąt. Wystarczająco wykwintne i delikatne. No i buraczki nawiązują do Wigilii…chyba to dobry pomysł.

Po tym idealnie będzie pasował piernik przygotowany kilka dni wcześnie. Do niego również pasuje odrobina Porto.

16:09, zaczarowanypiec
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 grudnia 2008

Nad nakładem pracy włożonym w przygotowanie świąt myślałam, bo tak sobie skojarzyłam z moimi wczorajszymi przepisami. Bo jakoś nie kojarzę, żeby którekolwiek z świątecznych dań było szybkie do przygotowania. Z łatwością to już różnie bywa, bo w miarę wprawy wszystko może stać się względnie proste. Najlepiej więc jest chyba przygotować je nie w pojedynkę a rodzinnie.

W moim przypadku, na pewno nie chciałabym, by zakupy żywnościowe mnie ominęły. Wiem, że brzmi to zastanawiająco, ale kucharz musi osobiście robić zakupy. Niekoniecznie sam, ale osobiście. A to, bo w momencie robienia tychże zakupów najczęściej wpadam na pomysł, co dodać do już wymyślonego, wybranego dania, by stało się subtelnie zmienione, udekorowane nutką puentującą smaczki autora. Wiem, że to zdanie było ciężko strawne, ale nie takie chciałam dać Wam odczucie. Moim zamysłem było przekazać Wam, że najchętniej chciała bym,, by moje takie pichcenie było jak przytulenie, tak, by każdemu było tak zwyczajnie dobrze. To jest takie miłe, jak na przykład towarzysze kolacji zasiadają przy stole, tacy zamotani dniem całym, zmęczeni albo zdenerwowani czy rozgadani – i nadchodzi ten moment, kiedy ich zmysły są chwytane na wodze, najpierw przez zapach a następnie przez smak. Wtedy jest ten moment ciszy i oderwania myśli od wszystkiego, co działo się jeszcze przed chwilą. Smakuje…więc i mi jest miło…

Na dygresje mnie wzięło. Myślę więc, że na pewno pójdę na zakupy. Bo zawsze mogę natrafić na jakąś przyprawę uzupełniającą, albo ciekawe owoce, które będą dobrym entremets czyli z francuskiego deser albo coś pomiędzy. No a jak inni będą udawać męczenników to ja zrobię zakupy i będę mogła mieć wolną głowę od zmartwień czy będę na pewno miała wszystkie potrzebne składniki.

Sprzątaniem myślę, że łatwo będzie mi się podzielić. Pod tym względem to muszę przyznać, że uwielbiam gotować w czystej kuchni, ale jeszcze bardziej lubię, gdy to nie ja się do tego przyczyniam.

No, ale człowieka cieszy tylko to, gdy na święta się narobi, więc w końcu muszę się zastanowić, co ja na ten drugi dzień świąt będę pichcić. Na pewno będzie kaczka po mojemu, jednak co do niej?

21:00, zaczarowanypiec
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 grudnia 2008
Na maku...
 
Jabłko i widelec na maku...
20:21, zaczarowanypiec
Link Dodaj komentarz »

Nie mogę jednak oprzeć się potrzebie wprowadzenia drobnych zmian w to świątecznie przedsięwzięcie. Wydaje mi się, że tradycja tradycją, ale to, co dobre, smaczne na pewno nie obrazi niczyich „uczuć tradycyjnych”.

Myślę więc, że najlepiej będzie łamać przepisy! Ale takie dość subtelne łamanie, bo jak łamanie tekstu przy składzie dobrej opowieści. Pierwsza opowieść to przystawka, która nawiązuje do kilku możliwych przystawek Wigilijnych i nie tylko. Może trochę odważna, ale powiem Wam, że warto spróbować, bez obaw. Istotnym jest żeby przestrzegać proporcji, które będą pod Wasz gust. Dla mnie to danie powinno brzmieć tak:

1 porcja:

Kwadracik wycięty z cienkiego plastra piernika (5 x 5 x 1cm) – powinien być bardziej miodowy w smaku niż słodki

1 starty buraczek

1 łyżka śmietany

1 małą cebulkę startą na grubych oczkach

1 śledź wyjęty z zalewy z oleju i  przypraw korzennych – typu Bosmańskie

Trochę masła do smażenia

Pieprz i sól

 

Najpierw podsmażam buraczki na odrobinie masła i dodaję łyżkę śmietany. Po prostu robię buraczki zasmażane i dodaje trochę soli i sporo pieprzu. Odstawiam do miseczki, przykrywam, żeby trzymało temperaturę. Następnie podsmażam na masełku startą cebulę, tak aby się zeszkliła. Dodaję łyżeczkę małą miodu, sól. Mogę teraz ułożyć na kwadracie z piernika najpierw buraczki, następnie cebulkę i całość udekorować jednym śledziem i grubo zmielonym pieprzem.

Ciężko chyba sobie nawet wyobrazić łączenie tych smaków, ale jest to nawiązanie do buraków z barszczu, cebulka jako składnik farszu uszek albo pierogów, śledzik, to wiadomo, i piernik…

Ale może coś bardziej przystępnego jeszcze wam w skrócie opiszę:

1 porcja:

¼ tabliczki gorzkiej czekolady

2 jajka

3 łyżki cukru

2 łyżki cukru waniliowego

2 łyżki rozdrobnionego twarogu (tłustego)

2 łyżki migdałów w plasterkach

1 płaską łyżkę maku

1 łyżeczka miodu pitnego

 

Zaczynam od ucierania 1 żółtka z 2 łyżkami cukru i 1 cukru waniliowego. Jak już całość jest dobrze utarta, tzn. na biało, dodaję rozdrobniony twarożek i robię z tego jednolitą masę. Ubijam białko i dodaję delikatnie do masy. Odstawiam do lodówki.

Teraz robię mus czekoladowy. Najpierw w miseczce z łyżką wody roztapiam czekoladę nad garnkiem z wodą (na parze). Jak już czekolada jest roztopiona dodaję do niej żółtko i łyżkę cukru. Mieszkam. Następnie ubijam białko i delikatnie dodaję do całości. Odstawiam do lodówki.

W mały garnuszku, smażę migdały z makiem aż migdały zbrązowieją. Do tego dodaję łyżeczkę cukru waniliowego i smażę aż się rozpuści. Odstawiam z palnika.

 

Teraz biorę szklankę bądź pucharek i układam na dnie migdały z makiem. Zalewam łyżeczką miodu pitnego. Następnie kładę warstwę masy twarożkowej i na górę warstwę musu z gorzkiej czekolady. Można na górze udekorować resztką migdałów. Można też najpierw dać warstwę musu czekoladowego a dopiero później twaróg.

Całość wsadzam do lodówki na przynajmniej 2 godziny. Najlepiej jak robi się ten deser z samego rana i je wieczorem bo wtedy wszystko osiąga odpowiednią konsystencje.

Deser ten jest bardzo prosty, jedyną jego wadą jest to, że brudzi się dużo naczyń…ale to zawsze można do mycia naczyń zatrudnić teściową…chociaż?…to chyba też jest w pewnym sensie łamanie przepisów?

17:44, zaczarowanypiec
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 grudnia 2008

W tym roku w mojej gestii jest jedynie trochę słodkości i pierwszy dzień Świąt. W cudzej kuchni, ale jestem pełna nadziei że się uda.

W międzyczasie zadecydowałam, że na Święta powinno się gotować to, co umie się najlepiej i że Wigilia jest od tego, by pamiętać o tradycji, a pierwszy i drugi dzień Świąt, by Ci kucharze, którzy nie brylują w barszczach, rybach i wszelkich pierożkach, mogli poprawić się i wykazać się czymś od siebie. Przynajmniej taka jest moja teoria.

Na szczęście w samą Wigilię traktowana będę taryfą ulgową, ponieważ ode mnie goście dostaną tylko trochę słodkości. A słodkości to to, co umiem i lubię najbardziej. Jak na razie mam zamiar upiec piernik i to z trzech powodów. Po pierwsze najbardziej kojarzy mi się ze Świętami, bo jak jeszcze spędzałam Święta u moich dziadków, to zawsze wtedy był. Po drugie mój mężczyzna kiedyś się przyznał, że piernik uwielbia. A po trzecie jest to ciasto, które będę mogła przygotować znacznie przed czasem, w swojej kuchni, bo przecież im dłużej piernik leży, tym lepszy.

Mój przepis na Piernik jest na dodatek wybitnie prosty. Wystarczy tak:

 

½ kg miodu naturalnego

½ kg mąki

25 dag cukru

20 dag masła (1 kostka)

4 jajka

2 łyżeczki sody

Nieduża szklanka wrzącej wody

10 dag orzechów włoskich

Przyprawy: albo już gotowe w proszku albo za pomocą moździerza, sproszkować: 10 goździków, 4 cm cynamonu, 2 ziarenka ziela angielskiego, do tego można dodać odrobinę imbiru, anyżu i kardamonu (ale te przyprawy raczej trudność znaleźć w innej postaci niż sproszkowanej).

Polewa: nie wszyscy lubią polewę, więc jeżeli już jakąś stosuję, to z gorzkiej czekolady (1 tabliczka wystarczy)

 

I tak…najpierw mieszam mąkę z sodą. Następnie włączam piekarnik na 180 C, żeby się rozgrzał. Następnie podgrzewam w garnku miód z cukrem aż do momentu, kiedy masa zacznie brązowieć. Odstawiam garnuszek z ognia, by wlać do niego powolutku, cały czas mieszając, niedużą szklankę wrzącej wody – Uwaga! Ta operacja jest delikatna, ponieważ bucha gorąca para przy dolewaniu wrzątku, więc ostrożnie proszę! Dodaję teraz przyprawy i masło. Mieszam skrupulatnie i odstawiam, by się wystudziło. Przez ten czas ubijam białka na sztywną pianę i rozgniatam orzechy. Już masa się ostudziła, więc mogę do niej dodać wspomniane orzechy, żółtka i pomału mąkę. Otrzymałam jednolitą masę, więc mogę delikatnie dodać ubite białka, mieszając oczywiście powolutku od dołu do góry.

 Teraz szybko smaruję blachę masłem i bułką tartą. Wlewam masę, ale muszę zostawić ciastu trochę miejsca, bo będzie rosło, więc tak do 2/3 formy. Można stosować keksówki ale też i tortownicę.

Wkładam ciacho do piekarnika na około godzinę. Po godzinie, wyjmuję pachnący piernik, daje mu chwilkę, by ochłonął i przez ten czas, stawiam na kuchence mały garnuszek z wodą, na nim miskę z 3 łyżkami wody i całą tabliczkę gorzkiej czekolady w kawałkach. Jak się rozpuści, biorę łyżkę i smaruje czekoladą piernik wyjęty z formy, by boki też zakryć czekoladą.

 

Ciasta jest na całe 3 dni Świąt. Nie trzeba się martwić czy będzie świeże, bo im dłużej postoi – najlepiej pod przykryciem materiałowej ściereczki, ale to przy wersji bez polewy – tym lepsze.

19:42, zaczarowanypiec
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 grudnia 2008

Co roku mam dylemat i rozmyślam na ile tradycja jest obowiązująca w kwestii menu wigilijnego, i jeżeli tak, to w jakim stopniu czuję się zobowiązana, by jej przestrzegać w  całości.  Nie wiem czy mogę podjąć ryzyko tego, że całą sztuką jest ugotować Klasykę przez duża K ale mogę też asekuracyjnie oprzeć menu na dywagacjach na temat tradycji. Może to przez to, że dawno nie spędzałam Świąt w taki sposób jak większość z nas sobie wyobraża książkowe Święta. Dlatego już od tego czasu traktuję wszystkie rodzinne spotkania jak powód do pysznej, wykwintnej, wielodaniowej, trwającej kilka godzin kolacji, którą przeplatają dyskusje, rozmowy między nami wszystkimi.

No i im bardziej piszę tym bardziej nie wiem…

Im bardziej o tym myślę, tym bardziej chciałabym przekazać bliskim coś wyjątkowego. Bliskich rozumianych jako tych powiązanych krwią i/lub duszą. Hm...jestem pomiędzy podekscytowanim a delikatnym stresem. Czy Wyzwanie! I dlatego też tak to lubię. Święta Bożego Narodzenia mają ten plus, że są kwintesencją zjawiska podarunku, bo poza zwykłymi prezentami jeszcze mogę podzielić się czymś więcej czyli jedzeniem przez siebie ugotowanym, usmażonym, upieczonym, zamarynowanym, w galarecie i tak dalej i tak dalej.


20:19, zaczarowanypiec
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 grudnia 2008

„Jeszcze cztery tygodnie do Świąt! Daj mi spokój!” I za to właśnie kocham mężczyzn najbardziej. Bo to właśnie jest to zielone światło, niewpisane w żadną tradycję, którym co roku nasi ukochani dają nam pewne ciche przyzwolenie, by dowoli rozmarzyć się w tych wszystkich naszych planach świątecznych, by zanurzyć się w wizji błyszczących oczu gości, rozpieszczonych tym pięknym ceremoniałem, który od pierwszej gwiazdki na niebie będzie przez trzy noce i dwa dni uszczęśliwiał rodzinne mordki.

I wtedy otwierają się bramy mojego małego, lśniącego, ciepłego świata, w którym żądzą zapachy i królują smaki… Już w ustach czuję jak moje kubki smakowe przebudza inspiracja, która, jak delikatny deszczyk, stymuluje kropla po kropli, po kolei zakamarki mojej wyobraźni kulinarnej, by za chwilę skomponować to, czym najbardziej lubię się dzielić…

00:30, zaczarowanypiec
Link Dodaj komentarz »
Archiwum